Na jakiś dworzec kolejowy... Wspominki "Szczakowskiej dumy"

To miejsce nawet pachnie tak, jak go pamiętają ci, którzy wyruszali na podbój świata jeszcze 30, 40 lat temu. Ten sam asfalt, te same deski na stropie zadaszenia. Te same szyny i drewniane, mające swoją duszę podkłady. Tylko życia tutaj trochę jakby brak. A życie tu toczyło się swoim rytmem. Dworcowi bezdomni, Dworcowa kawa, oranżada i kanapki w barze podawane przez zmęczoną bufetową. Zawinięte często w kawałek szarego papieru, a w razie jego braku w strzępek gazety. Smakowały. Popijane gorącą herbatą ze szklanki. Tak, ze szklanki, produkowanej kilkaset metrów dalej. W Hucie Szkła, a nie z plastikowego kubka. Jakże krzepiły, siorbane z metalowej miski, albo talerza z napisem "PSS Społem", flaki, czy fasolka po bretońsku. Jakże daleko dzisiejszym fastfoodom do tamtego, warzonego na zapleczu baru bigosu. Z kromką czerstwego chleba jedzonego zużytą, aluminiową, pamiętającą pewnie czasy Bieruta łyżką. I sala z kasami, gdzie czekało się w kolejce na bilet do celu, albo donikąd... A kiedy już przyjechał skład, ciągnięty przez parowóz kopcący czarnym, gęstym, zapierającym oddech dymem, miało się wrażenie ucieczki do pewnej wolności. Przecież to wtedy śpiewało się "Wsiąść do pociągu byle jakiego...". Choć na kilka godzin, na kilka dni..
Kilka zdjęć z dworca, który pewnie niedługo zmieni swoje oblicze. I zginie jedna z niewielu pamiątek tamtego świata.